Fuerteventura – co zobaczyć, gdzie zjeść i jak dać się jej uwieść

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Do Fuerteventury, należącej do archipelagu Wysp Kanaryjskich, musiałam przekonywać się stopniowo. Ale kiedy już zaczęłam dostrzegać jej specyfikę, przyczyny jej szorstkości, uzależniające, nieposkromione piękno, nie mogłam przestać o niej myśleć. Dalej nie mogę. Niech ten wpis będzie więc hołdem dla Fuerty, a jednocześnie praktycznym przewodnikiem dla Was.

Raj utracony

Moja kanaryjska przygoda rozpoczęła się w któryś z wiosennych wieczorów, spędzanych ze znajomymi na mokotowskim balkonie. To wtedy, oczywiście po winku, kupiłyśmy bilety lotnicze. Sam pomysł narodził się jednak we Wrocławiu, gdzie z moją kumpelą z pracy próbowałyśmy poskładać jej życie do kupy po rozstaniu i stwierdziłyśmy, że workation na Fuerteventurze brzmi jak coś, co może pomóc. Czy pomogło, pytajcie jej. Ja natomiast mogłam w końcu spełnić swoje marzenie i wyjechać gdzieś na dłużej niż tydzień. Ostatecznie na Fuercie spędziłam 3 tygodnie, co nie jest niesamowitym wynikiem, ale już wystarczającym czasem, by dostrzec w niej coś więcej niż rząd białych hoteli i wyłaniający się zza nich ocean.

Zanim przejdę do opisu wszystkich miejscówek, które koniecznie powinniście odwiedzić, chciałabym jeszcze napisać coś o charakterze tej wyspy. A przede wszystkim o jej południu, bo to właśnie na południu, w miejscowości Costa Calma, miałam swoją bazę.

I na początku w tej Coście Calmie trochę się nudziłam. Ocean był oczywiście piękny, palmy podkręcały egzotyczne wrażenia (ta egzotyka jest zresztą wcale nie naciągana – Fuertę dzieli tylko 90km od Afryki, stąd też w żartach nazywałam ją jej przedmieściami), ale nie rozumiałam, co w tym miejscu jest takiego wyjątkowego. I dlaczego, do cholery, ciągle spotykamy tylko starych Niemców, a młodych ludzi jest jak na lekarstwo. 

Potem oczywiście i moje wrażenia się zmieniły, i zrozumiałam już trochę strukturę demograficzną wyspy. Bo Fuerteventura to turystyczny raj, który jednak rajem dla wielu mieszkańców nie jest.

Wyjałowiona ziemia wyklucza większość upraw. W oceanie brakuje ryb, przez co rybołówstwo jest na wymarciu. Jeżdżąc po wyspie łatwo zauważyć miejsca po wyschniętych zbiornikach wodnych i opuszczone wioski-widmo. A turystyką, na której aktualnie opiera się wyspiarska gospodarka, wstrząsnęła oczywiście pandemia. Gdy sobie to wszystko uświadomiłam i połączyłam kropki, przestałam się dziwić, że młodzi stąd wyjeżdżają (choć ostatecznie i młodych udało się w Coście Calmie spotkać).

W ich miejsce przyjeżdżają za to hipisi, surferzy i inne wolne duchy, osiedlające się w vanach na zboczach nad oceanem, gdzie krajobraz przypomina Marsa. Kiedy patrzyłam na tych surfujących o zachodzie ludzi, czułam tę prawie że namacalną wolność. Ale z tyłu głowy miałam też to wrażenie odcięcia od świata, zapomnienia, minionej świetności.

Takie są więc moje ogólne wrażenia o Fuercie. Pełne sprzeczności, ale przez to chyba bardziej autentyczne. O tym, że mnie w sobie rozkochała, niech świadczy fakt, że dzień przed planowaną datą wyjazdu przebookowałam lot, by spędzić tam chociaż jeszcze jeden weekend więcej.

Jak dolecieć na Fuerteventurę?

Czas na konkrety. Na Fuertę, a konkretnie do jej stolicy – Puerto del Rosario – z Polski dolecicie Wizz Airem. Ceny biletów bardzo się wahają. Ja ostatecznie zapłaciłam ok. 450 zł za lot w jedną stronę, ale widziałam też potem dużo lepsze okazje.

Z lotniska kursują publiczne autobusy, które dowiozą Was w wiele miejsc na wyspie. Miejcie jednak na uwadze to, że na Fuercie rozkład sobie, a rzeczywistość sobie i niejednokrotnie lepszym rozwiązaniem wydaje się pójście na przystanek ot tak, niż sprawdzanie rozkładów. 

Innymi opcjami dojazdu z lotniska do miejsca Waszego noclegu są transfery hotelowe albo taksówka. Przykładowo z Costy Calmy za przejazd na lotnisko zapłaciłam taksówkarzowi 65 euro. 

Transport na miejscu

Do większych miast kursują autobusy, ale musicie mieć świadomość, że Fuerta to wciąż miejscami bardzo dzika wyspa. I to właśnie tam warto się udać! A niestety w takie miejsca dotrzecie tylko samochodem.

W październiku na wyspie niełatwo było o auto w wypożyczalniach. W wielu miejscach zwyczajnie brakowało samochodów do wypożyczenia. My ostatecznie dwa razy wypożyczyłyśmy samochód z Horizona (40-45 euro dziennie za najtańsze modele) i w ten sposób dotarłyśmy np. do słynnej plaży Cofete (tutaj mała uwaga – większość wypożyczalni podobno zastrzega sobie zakaz jazdy po drogach szutrowych, a właśnie taka prowadzi do Cofete), na wydmy przy Corralejo czy do naturalnych basenów. Drogi nieraz, a właściwie głównie, były wąskie, górskie i dość wymagające, więc doświadczony kierowca rekomendowany!

Co zobaczyć na Fuerteventurze?

Cofete i Willa Wintera

Jedno z najpiękniejszych miejsc na wyspie, które jednocześnie bardzo ciężko oddać słowami czy zdjęciami. Cofete to ciągnąca się kilometrami plaża z prądami największymi na całej Fuercie, kontrastująca z czarnymi górami, którymi jest otoczona. Czysta natura i jej potęga. 

Na zboczu jednej z gór osadzony jest spory budynek – Willa Wintera. Wygląda trochę złowrogo, trochę komicznie, bo tak bardzo nie pasuje do dzikiego klimatu tego miejsca. Wybudowano ją w połowie XX wieku, a jej przeznaczenie do tej pory owiane jest tajemnicą. Sekretna baza wojskowa nazistów? Klinika, gdzie wykonywano im operację plastyczne twarzy, by po wojnie mogli wrócić do “normalnego” funkcjonowania w społeczeństwie? Prędko się nie dowiemy (a może nigdy). Ale niestworzonych teorii możemy posłuchać na przykład podczas zwiedzania willi. 

Corralejo

Najbardziej rozrywkowe miasto na wyspie, znajdujące się w jej północnej części. Jeżeli tak, jak ja, będziecie szukali młodych ludzi, to polecam udać się właśnie tam 😉 Stara część miasta, Calle La Ballena, oferuje duży wybór barów i restauracji, ale poza tym nie jest jakoś szczególnie interesująca. Z Corralejo możecie też popłynąć promem na sąsiadujące wyspy – Lanzarote i Los Labos.

Tak naprawdę jednak prawdziwy powód wycieczki do Corralejo znajduje się obok miasta. To pustynne wydmy, które oczywiście, jak wszystko na Fuercie, kończą się oceanem. Must see!

Laguna Sotavento

Położona niedaleko Costy Calmy plaża Sotavento bije rekordy popularności wśród wind- i kitesurferów, a także każdego, kto chce zobaczyć tę najbardziej fotogeniczną lagunę na wyspie. Jest pięknie, jest bardzo tropikalnie, ale na kąpiel polecam którąś z mniejszych plaż, na które natraficie po drodze do Sotavento z Costy Calmy właśnie.

Pozo Negro

Na pewno nie jest to najpopularniejszy, turystyczny wybór, ale jeżeli miałabym wskazać miejsca, w którym po raz pierwszy poczułam, że ta wyspa to coś więcej niż pocztówkowe palmy, to byłoby to właśnie Pozo Negro. Ta malutka, wyglądająca na opuszczoną wioska rybacka z czarną plażą, przywiodła mi na myśl miejsca, w których zaszywasz się z maszyną do pisania i pracujesz miesiącami w samotności nad powieścią życia. A z okna widzisz ocean. Co, jak mi się wydaje, znacząco ułatwia ten twórczy proces.

Popcorn Beach

Typowo instagramowe miejsce, które jednak ma swój urok (przynajmniej dla takiej fanki popcornu jak ja). Białe kamyczki faktycznie przypominają tę kinową przekąskę i w tym akurat nie ma żadnej instagramowej ściemy!

Natural Pool – Caleta de Fuste

Hotelowe baseny są w porządku, ale kąpaliście się kiedyś w basenie stworzonym po prostu przez naturę? Na Fuercie ich nie brakuje, a ten w Caleta de Fuste jest chyba najbardziej znany. Mimo tego spokojnie dacie radę przepłynąć się w nim i chociaż przez moment mieć go na wyłączność. Pamiętajcie jednak, by wycieczkę zaplanować na poranne godziny – ze względu na kaprysy oceanu, po południu możecie zastać tylko wyschnięte miejsce między skałami.

Lajares

Miasteczko na północy z luźnym, meksykańskim klimatem, stylowymi sklepikami oraz pełne surferów i przyjemnych knajp. Jedną z nich szczególnie polecam w sekcji z jedzeniem. Podobną atmosferę ma El Cotillo, które znajduje się w pobliżu Larajes. 

Betancuria i Oaza Vega de Rio Palmas 

Sama Betancuria to malutkie, bardzo urocze miasteczko, dawna stolica Fuerteventury (jej centralne położenie gwarantowało dobrą ochronę przed atakami piratów). Od samej Betancurii (do której oczywiście warto na chwilę zajrzeć), wolę jednak to, co wokół niej. Zachwycający rezerwat, w tym Oaza Vega de Rio Palmas, będąca chyba najlepszym świadectwem wysychania wyspy. Tu nawet kaktusy mają wątpliwości, czy chcą dalej toczyć swój żywot. Hipnotyzujące doświadczenie.

Barranco Encantado

Polecajka z gatunku można, ale nie trzeba. Chociaż zdjęcia z formami skalnymi Berranco Encantado królują w social mediach, to na żywo spacer tam nie robi aż takiego wrażenia. Niemniej jest blisko z Corralejo, więc przy okazji można zahaczyć i o to miejsce.

Aguas Verde

Kolejny naturalny basen, a właściwie kilka z nich, sformułowanych pomiędzy skałami. Kiedy tam dotarłam, już miałam wchodzić do wody, ale widok krabów wielkości dłoni skutecznie mnie powstrzymał. Niemniej dla samych widoków warto przyjechać!

Morro Jable

Bardzo turystyczne miasto, którym powinni zainteresować się fani plażowania i długich kąpieli w oceanie. Plaża jest szeroka i długa, wybrzeże piaszczyste, przyjemne, a w starszej części znajdziecie kilka przyjemnych knajpek z widokiem na wodę (np. La Falora del Mar). Po najpiękniejszy widok musicie się z kolei udać na taras kościoła Obispado Diocesis de Canarias.

Inne atrakcje

Sporty wodne

Poza wzdychaniem do zachwycających widoków, na Fuercie główną rozrywką są sporty wodne. Nic dziwnego, bo na warunki do surfingu, windsurfingu, kitesurfingu czy nurkowania, nie można tam narzekać. 

Na południu, w samej Coście Calmie, najbardziej polecam szkołę surfingu Rapa Nui. Pierwsza lekcja kosztuje 60 euro (kolejna 50 euro) i w cenę wchodzi transfer z hotelu do pobliskiego La Pared, sprzęt, opieka instruktora i około 3 godziny zabawy Waszego życia. A przynajmniej takie jest założenie, bo w praktyce pierwszy raz z surfingiem to walka z falami, deską, strachem i bólem mięśni. Lekko bynajmniej nie jest. Ale jak już połknięcie bakcyla, to nie będziecie chcieli przestać. Ja się bezapelacyjnie zakochałam w tym sporcie, a plaża La Pared, położona wśród wysokich klifów, jeszcze bardziej podkręciła moje zachwyty. 

Joga

Szkoła Rapa Nui oferuje też zajęcia jogi z przecudowną Andreą, której energię kupuję w stu procentach. Odbywają się nad oceanem albo przy basenie i kosztują 15 euro.

Skateboarding

Również dla tych ze skaterską zajawką szkoła Rapa Nui przygotowała coś specjalnego. Za 15 euro wypożyczycie na jeden dzień deskorolkę, którą możecie zabrać na wycieczkę np. do znajdującego się pół godziny drogi busem Tarajelejo, gdzie pocruisujecie z widokiem na ocean.

(Chciałabym, żeby ten tekst był sponsorowany przez Rapa Nui, ale to tylko moje absolutnie przez nikogo nieopłacone zachwyty 😉

Muzeum Sera w Antigua

Fuerta słynie z sera koziego Majorero i można pokusić się o stwierdzenie, że to jej największe dziedzictwo. Nic więc dziwnego, że w miejscowości Anitgua możecie o tym serze dowiedzieć się trochę więcej. A nawet wydoić sztuczną kozę, jeżeli tylko najdzie Was na to ochota. To wszystko w cenie 4 euro. 

Co zjeść na Fuerteventurze?

Nie ma, co tu dużo kryć – jadąc na Fuerteventurę, nie nastawiajcie się na jakąś wielką gastro-turystykę. Dominują tu ryby, owoce morza i włoskie knajpy. Na pewno warto spróbować tuńczyka, koziny, paelli, tacosów, wspominanego sera Majorero, a do picia wziąć likier Ron Miel (rum z miodem) bądź likier z mleka koziego.

Jeżeli chodzi o konkretne adresy, to mogę polecić:

Costa Calma

  • B-Side – przyjemna restauracja z dobrymi makaronami, burgerami, pizzą i domowym winem. 
  • Tasca dos Jotas – niech Was nie zniechęci niepozorna lokalizacja na pierwszym piętrze centrum handlowego. Zjadłam tam jeden z najlepszych i najbardziej lokalnych posiłków na Fuercie. Polecam szczególnie tuńczyka, kozinę i sernik. 
  • L’Aperi Pizza – smaczna pizza i calzone.
  • Rapa Nui Surf Bar – knajpa od szkoły surfingu Rapa Nui, wieczorami tłumnie oblegana przez turystów. Warto spojrzeć na promocje (każdego dnia jakaś inna – np. w sobotę koktajle -20%), a do drinków zamówić nachosy z guacamole i marynowanym jalapeño. Nie zliczę, ile razy w ten sposób kończyłam dzień na Fuercie!

Lajares

  • Fuerte Vida – miejsce, które zapewni Wam błyskawiczny teleport na Jamajkę. Są koncerty na żywo, surferzy, kanapy wśród palm i, co najważniejsze, bardzo dobre jedzenie. W menu burgery (przepyszne), tacosy, quesadille czy sałatki. 

Nocleg na Fuerteventurze

Nasz wyjazd był o tyle specyficzny, że to było workation, czyli połączenie pracy ze zwiedzaniem i korzystaniem z dobrodziejstw wyspy. W związku z tym wynajmowałyśmy mały apartament na osiedlu Green Oasis w Coście Calmie. Po znajomości dostałyśmy bardzo dobrą cenę, ale niestety nie orientuję się, ile noc kosztuje normalnie. Niemniej z miejscami noclegowymi na Fuercie na pewno nie będzie problemu.

Czy polecam Costę Calmę jako bazę wypadową?

Zależy, czego szukacie, ale generalnie tak! Na pewno bardziej rozrywkowo będzie chociażby w Corralejo, ale i południe wyspy ma bardzo dużo do zaoferowania (chociażby Cofete i Sotavento pod nosem).

Sama Costa Calma, jak już pewnie zdążyliście się domyślić, jest spokojną miejscowością, gdzie każdy się z każdym zna, jest kilka kultowych miejsc, do których chodzi się wieczorami (jeżeli chodzi o kluby – DVN i 555), dwa Spary, szkoła surfingu Rapa Nui, na długiej plaży szkoły winda i kite’a – więc właściwie czego chcieć więcej? 

***

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania o Fuerteventurę czy o Costę Calmę właśnie – piszcie w komentarzach albo w wiadomości prywatnej na moim Instagramie: 

Posts created 132

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Leć do góry