Joga camp – koszty, miejsce, wrażenia

 

Kiedy pewnego wtorku przyjaciółka napisała do mnie z propozycją pojechania na mały obóz jogowy w kolejnym tygodniu, właściwie potrzebowałam tylko pół dnia, żeby się zgodzić. Już od jakiegoś czasu obóz jogowy widniał na mojej bucket list, ale wpisując go tam, raczej nie myślałam o najbliższej przyszłości.

Takie wyjazdy kojarzyły mi się z dużym wydatkiem oraz byciem na naprawdę zaawansowanym poziomie. Okazało się jednak, że los się do mnie uśmiechnął i już tydzień później ochoczo próbowałam podchodzić do pozycji odwróconych, ciesząc się moim weekendem w duchu slow life.

Poniżej opisuję jak wyglądał mój wyjazd, co mi dał (a dał sporo!) i ile to wszystko kosztowało.

Weekend jogi z Centrum Yogi – kosztorys

Nasz wyjazd organizowało łódzkie Centrum Yogi, które prowadzą dwie przemiłe, wyrozumiałe i doświadczone joginki.

 
Czterodniowy wyjazd kosztował 690 zł, w co wliczone były: trzy noclegi w Zagrodzie Kuwasy (więcej o niej za chwilę) oraz pełne wyżywienie. Dodatkowo musiałyśmy zapłacić za dojazd (jechałyśmy samochodem z Warszawy, wyszło ok. 150 zł za paliwo w dwie strony) oraz 35 zł za wycieczkę na bagna biebrzańskie (dla chętnych).
 
Ostatecznie wydałam ok. 1000 zł, licząc jeszcze jedzenie po drodze i masaż.
 
Jak na program, który zobaczycie poniżej i przebywanie wśród przepięknej przyrody, ta cena była więcej niż dobra.

 

Program

 

 

 

 

 

 

Z uwagi na to, że wyjazd trwał tylko cztery dni (właściwie to trzy i pół), program każdego dnia wyglądał trochę inaczej. Mniej więcej jednak prezentował się następująco:

  • 8:00 pranajama, czyli nauka oddychania
  • śniadanie
  • 10:30-12:30 praktyka jogi
  • obiad
  • 16:30-18:30 praktyka jogi
  • kolacja
  • medytacja/masaż
 

Z jednej strony był dla mnie dość intensywny (dotąd ćwiczyłam jogę ok. dwadzieścia minut dziennie), a z drugiej bardzo szybko podpasowała mi ta rutyna oparta na ćwiczeniu i jedzeniu 🙂 

 
Sama praktyka była dostosowana do poziomu grupy (który był raczej zróżnicowany), ale też indywidualnie do każdego z nas. Nie czułam, że jako dość początkująca w świecie jogi, nie daję rady czy odstaję – także śmiało polecam taki wyjazd także, a może przede wszystkim, początkującym.
 
W końcu fajnie (i mądrze!) na początku przygody z jogą, oddać się w ręce dobrego nauczyciela, który pokaże, co i jak, a w razie potrzeby – skoryguje nasze starania.

 

Miejsce – Zagroda Kuwasy

Obóz był atrakcyjny również ze względu na miejsce, w którym się odbywał. Zagroda Kuwasy to miejsce znajdujące się na Podlasiu, w bardzo bliskim sąsiedztwie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Dokoła pięknego, drewnianego domu, widać tylko lasy, stawy i tutejsze zwierzaki (konie i kozy).

 

 

 

Dwa powyższe zdjęcia zrobiłam podczas wycieczki na bagna i grzędy – było w porządku, ale mnie do szczęścia wystarczy zwykły las.

To takie miejsce, którego na pewno wielu z nas bardzo potrzebuje w zabieganym świecie – życie toczy się tu zdecydowanie wolniej. Zamiast dźwięku ulicy, dochodzą do nas dźwięki lasu, wycieczka do Parku Narodowego jest na wyciągnięcie ręki, a po śniadaniu możemy poopalać się na leżaku albo pojeździć na koniach, zamiast nerwowo sprawdzać maile.

Jeżeli chodzi o samą jogę, to mieliśmy do dyspozycji dużą, drewnianą salę – niesamowicie mi się podobała i aż chciało się w niej ćwiczyć. Nic dziwnego, bo naturalne materiały we wnętrzach sprzyjają relaksowi, który jest przecież jednym z celów jogi.

 

Poza dwiema salami do jogi, na terenie Zagrody znajdują się pokoje urządzone w dość tradycyjnym, wiejskim stylu (oczywiście też drewniane), mała stadnina oraz część wspólna – to tam podawane są posiłku oraz można tam posiedzieć sobie przy kominku wieczorem (szkoda tylko, że ta sala jest otwarta jedynie do 22).

Jedzenie – dieta wegetariańska

Osobny temat to jedzenie, które zaskoczyło mnie bardzo na plus. Mniej więcej przez połowę wyjazdu serwowane były tylko dania wegetariańskie – na życzenie naszej szkoły jogi. Później, gdy dojechali inni goście, pojawiły się również mięsne propozycje – ale postanowiłam, że skoro mam taką okazję, to będę sięgała tylko po wege żarełko.

 
Opierało się ono na potrawach przygotowywanych na bazie lokalnych, dobrych produktów – co czuć było w smaku (część z wyrobów Zagrody Kuwasy można zresztą zakupić na miejscu, składając specjalne zamówienie w czasie pobytu). Najbardziej przypadło mi do gustu curry, risotto, a śniadaniowo – przeróżne wege pasztety i pasty.

Doszłam do wniosku, że gdyby ktoś mi tak smacznie gotował, to w ogóle nie czułabym potrzeby sięgania po mięso (haha). Tym bardziej, że po czterech dnia takiej diety, czułam się zaskakująco dobrze. Pewnie wpływ miała na to też joga, ale poza tym poprawiła mi się cera, włosy i figura – chociaż całkiem możliwe, że to po prostu od zdrowego jedzenia, a nie ograniczenia mięsa.

Jedynie przez pierwsze dwa dni było ciężko – nie pod kątem smakowym, ale jednak strączki robiły swoje i mój brzuch wcale nie czuł się lekko i slim. Na szczęście trzeciego dnia organizm chyba załapał, że czas otworzyć się na nowe, wege smaki i był już tylko lepiej.

***
 

To tyle informacji o samym miejscu i o obozie jogi, a teraz czas na trochę prywaty! 😉

-> Dlaczego potrzebowałam takiego wyjazdu?

Jak wspominałam na początku, przede wszystkim było to moje małe marzenie, a marzenia są po to, żeby je spełniać, a nie wiecznie odkładać.

 
Poza tym, propozycja wyjazdu padła w idealnym momencie – ostatnio mam całkiem dużo w życiu do ogarnięcia i łatwo się w tym trybie zagubić. Pracuję, studiuję, bloguję i czasem po postu to wszystko mi się nie spina. Czegoś jest po prostu za dużo.

Zdjęcie z przymrużeniem oka, ale po takich czterech dniach jogi, można naprawdę poczuć się bardziej uduchowionym!

Mam taki charakter, że ciężko mi odpuszczać robienie rzeczy, które sprawiają mi satysfakcję. Ten wyjazd był momentem, by zwolnić, pospacerować, zadbać o ciało, o dietę czy porozmawiać z kimś dłużej niż na godzinnej kawie w mieście.

-> Co mi dały warsztaty?

Poza tymi odpoczynkowymi aspektami, to przede wszystkim zaczęłam w końcu lepiej rozumieć jogę. Traktować pozycje bardziej holistycznie – bo przecież czasem przez godzinę przygotowywaliśmy się do tego, żeby pod koniec praktyki w nią na moment wejść. Zwracać uwagę na ustawienie ciała, na manewrowanie mięśniami, na oddech (chociaż z medytacją wciąż nam nie po drodze).

Dotąd ćwiczyłam jogę przez Youtubem w domu, co oczywiście dalej będę robić, ale teraz kusi mnie, żeby raz w tygodniu zacząć chodzić na zorganizowanie zajęcia. Podczas obozu uwagi i poprawki instruktorek dawały naprawdę wiele. A i same pozycje, bardziej dopracowane i głębsze, sprawiały większą frajdę.

-> Co było największym wyzwaniem?

Ciężko mi powiedzieć, że z czymś miałam szczególną trudność psychiczną, bo bardzo spodobała mi się rutyna dnia oparta na praktyce i długie ćwiczenia, podczas których skupiałam się tylko na jodze (i gonitwa myśli czasem ustawała).

 
Większym wyzwaniem było za to rozciągnięcie. Pomimo, że „coś tam sobie ćwiczę”, to nigdy nie byłam szczególnie wiotka, a dotknięcie otwartymi dłońmi podłogi na wyprostowanych nogach, to wciąż dla mnie Mount Everest. Dzięki intensywniejszej praktyce zobaczyłam jednak, że zmiany są możliwe i często problem nie jest samo rozciągnięcie, ale odpowiednie ustawienie się i spięcie mięśni. Magia!
***
 

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania o obóz, Zagrodę Kuwasy czy może jogę samą w sobie – pytajcie pod wpisem. Z chęcią odpowiem, bo to było cudowne, bardzo wiosenne doświadczenie! Życzyłabym sobie co najmniej raz w roku takiego wyjazdu – zobaczymy.  

 
Na koniec odsyłam Was też do starego już wpisu o mojej praktyce jogi:
 
 
 
 
 

Posts created 101

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Leć do góry